poniedziałek, 11 października 2010
Mexico 2010 – zakończenie.

Wyprawa na południe Meksyku zakończyła się szczęśliwie.
Przejechaliśmy ponad 3.500 kilometrów.
Uprawialiśmy wspinaczkę skalną, rafting, tirolesę, kajakowanie, spacer po dżungli i po zalanych stanach Oaxaca, Chiapas i Veracruz.
Nasz objazd zakończyliśmy wizytą w Teotihuacan i wielkim obżarstwem w Mexico DF.

Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować chłopakom, za wspólnie spędzony czas i nabyte doświadczenie.

Udział wzięli:

Rafał



Mario


Waldek


Wąsu


asystowała Elena



grupę prowadził Antek (to ten po lewej).

piątek, 08 października 2010
Mexico 2010 – dzień niepodległości.

2010 = 200 + 100.
Powyższe równanie wygląda na herezje wypisywane przez pijanego matematyka albo rząd Felipe Calderona.
I mimo, że polityka pełna jest niedokształconych ludzi i kretynów (nie tylko w Meksyku i Polsce), tak w tym przypadku rząd się nie myli.
W równaniu tym bowiem, zawierają się dwie rocznice Meksyku.

200 lat od uzyskania niepodległości.
100 lat od czasu rewolucji Emiliano Zapaty, największego bohatera Meksyku.

Poprzez zbliżenie się tych dwóch liczb uzyskujemy rok 2010, czyli stu i dwustuletnie rocznice tych ważnych wydarzeń w historii tego państwa.

















13:06, antekwielki , mexico 2010
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 października 2010
Mexico 2010 – rafting w Veracruz.

Opuściliśmy zalane stany Oaxaca i Chiapas, i skierowaliśmy się do zalanego stanu Veracruz.
Naszym celem było spłynięcie pontonem Rio Antigua.
Stan Veracruz jest stolicą raftingu i wiele okolicznych rzek daje szerokie możliwości wszystkim tym, którzy lubią górskie spływy.

Do Jalcomulco, małej miejscowości usytuowanej głęboko w górskiej dolinie, przyjechaliśmy przed południem.
Chłopaki, którzy już mieli doświadczenie w tego rodzaju spływach, oczekiwali wielkiej wody i dużej ilości progów, tak aby woda "się gotowała".



Długie opady deszczu nie oszczędziły stanu Veracruz. Wiele miejscowości było całkowicie zalanych. Zaczęliśmy siebie podejrzewać o przynoszenie kataklizmów w odwiedzane przez nas rejony. Kolejny stan, który cierpiał z powodu powodzi.

Duże opady deszczu pogłębiły i powiększyły nurty rzek.
Rio Antigua, nad którą przybyliśmy, szumiała i pędziła szybko w dół doliny.
Górna część rzeki była kompletnie zamknięta.
Tam według lokalnych kajakarzy było piekło. Od wielu tygodni nikt tamtędy nie spływał.
My wskoczyliśmy w dmuchany ponton w jej dolnym biegu. Do pokonania mieliśmy 17 kilometrów.



Już po pierwszych kilometrach chłopaki przywykli do spienionych fal przelewających się przez pokład łodzi i zaczęli szukać dodatkowych wrażeń.
Pierwszym pomysłem było wyskoczenie z pontonu, aby spływać wraz z szybkim prądem.
Ja siedziałem spokojnie w łódce, kiedy postanowili dokonać abordażu i wyeksmitować mnie z bezpiecznego pontonu.
Szczególną zaciętością charakteryzowali się Waldek i Rafał, którzy zamierzali zemścić się za nieudane ataki na mój kajak, podczas spływu w dżungli La Cantun.
Mario, w którym również odezwały się instynkty zwierzęce, przyłączył się do tej nierównej walki i zaatakował z drugiej flanki.

Na moje szczęście ponton posiadał wysokie burty, które utrudniały krwiopijczym piratom wejście na pokład.
Spychałem ich wykrzywione we wściekłym grymasie twarze do wody, jedna za drugą.
Łapałem je jak piłkę do koszykówki i śmiejąc się na głos, odprawiałem ich w spieniony nurt rzeki.

Nasz przewodnik obserwował tą walkę z pewnym niepokojem widząc, że w tej zabawie nie ma "miękkiej piłki".
Zasady "nie bierzemy żadnych jeńców" nie mieściły mu się w głowie. Ale to samo szokowało Alejandro, podczas kajakowego spływu w Chiapas, kiedy widział jak Mario fruwał w powietrzu, wywalany jak z katapulty przez Waldka.

Waldek, który miał ze mną szczególne porachunki, w końcu, w jakiś sposób dostał się na burtę pontonu. Kosztowało go to jednak wiele sił.
Dyszał tak, że bardziej przypominał łapiącego powietrze, wyrzuconego na brzeg wieloryba niż walecznego pirata. Niczym Green Peace próbowałem wrzucić go z powrotem do wody.
Jednak nasze zapasy zostały szybko przerwane przez nadchodzące progi i wszyscy "za burtą" musieli szybko wracać na pokład i łapać za wiosła.



W końcówce spływu, nasz sternik postanowił sprawdzić naszą "przyczepność" i skierował ponton na zalany lekko przez wodę kamień. Ten niczym ręczny hamulec zatrzymał gwałtownie naszą jednostkę.
Nikt z nas nie spodziewał się tego. Nasze ciała uniosły się gwałtownie ale tylko Waldek, otwierając szeroko ze zdziwienia usta, niczym burzony pomnik Lenina, zwalił się powoli w kotłującą wodę.

Ten dzień był mokry ale przyniósł dużo dziecięcej swobody i radości.


czwartek, 30 września 2010
Mexico 2010 – Chiapas – Palenque.














sobota, 25 września 2010
Mexico 2010 – Chiapas – Lacanja.

















01:30, antekwielki , mexico 2010
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
stat4u