poniedziałek, 27 listopada 2006
Ostatni dzień w Europie
Ostatni tydzień mojego pobytu w Europie, przemknął jak błyskawica. Tydzień w Polsce, to za mało by załatwić wszystko co by się chciało, nie mówiąc o spotkaniu z rodziną i przyjaciółmi.
Ostatni weekend spędziłem w Londynie. Po czterech latach, ponownie się tu zjawiłem. Tym razem jako turysta, odliczający godziny do odlotu.
Ostatnie dni chłodu i przemykających, zawsze gdzieś zabieganych Londyńczyków. Za 24 godziny czas będzie się liczył inaczej.
Ludziom będą przyświecały inne cele i priorytety.
Dzięki temu i ja będę mógł zapomnieć o skostniałej, europejskiej cywilizacji i podążyć latynoskim nurtem, gdzie echem rozchodzi się pogłos: Mañana.
Jutro! Zrobi się to jutro! Tak typowe dla latynoskich krajów, gdzie czas biegnie swoim, niezależnym tempem. Inaczej on biegnie w tłocznym i zasnutym spalinami Buenos Aires, inaczej w parnym i wilgotnym Misiones. Inaczej w wietrznej i bezkresnej Patagonii a inaczej w suchej i słonecznej Mendozie. Ale zawsze to będzie mañana,
Podobne odczucie przejdzie nas na piaszczystej Gobi, w przesiąkniętej zapachem owiec Mongolii, czy też pokrytej bezkresną tajgą Syberii.
Dlatego też, z przjemnością uciekam w rejony, gdzie czas ma inny wymiar i prędość, płatając Einsteinowi figla.
W poniedziałek na kolacje skonsumuję enchiladas i wykrzykując: Viva Mexico, wypiję kieliszek tequili za zdrowie moich meksykańskich przyjaciół.
W poniedziałek zacznie się też nowa przygoda.


wiewórka w londyńskim parku.


jesienne kolory tak odmienne od szarych i zatłoczonych londyńskich ulic.

czwartek, 14 września 2006
Organizacja wyprawy

Wydawać by się mogło, że najpierw należałoby sobie zadać pytanie, gdzie chcemy jechac? A następnie zaplanować przejazd, noclegi, wyliczyć dzienne koszty utrzymania, zrobić listę rzeczy do spakowania, drugą listę miejsc do odwiedzenia, zaopatrzyć się w przewodnik i z dniem ustalonym jako pierwszy, ruszyć ku realizacji wytycznych.
Proste i w miarę sprawne do zorganizowania.
Problem zaczyna się gdy nasza wędrówka rozszerza się o dodatkowe kilka miesięcy pobytu, kilka trudniejszych wypraw czy eksploracji czy też chęci zwykłego przebytowania w odwiedzanych miejscach.
Tu nie ma możliwości wypisania wszystkich puntków programu, wytyczenia sztywnego planu naszych działań.
Ba! Nie jesteśmy nawet często w stanie wyobrazić sobie kolejnych etapów wędrówki, dni, poczynań, decyzji i konsekwencji, gdyż każde nasze działanie ustawia nas na odpowiedni tor, ścieżkę prowadzącą w nieznane. A miejsc i punktów bez nazwy nie ma w przewdonikach.

Podoba mi się fragment tekstu umieszczonego w komentarzach, przytoczony przez jednego z Czytelników. Pozwolę sobie na jego skopiowanie, gdyż jakże trafnie przedstawia kwestię wedrówki.

"Z chwilą, kiedy wędrówka jest już zaplanowana, przygotowana i wprowadzona w czyn, pojawia się nowy element, który wysuwa się na plan pierwszy. Wyprawa, safari, eksploracja, jest pewną istnością, różną od wszystkich innych podróży. Ma swoją osobowość, temperament, indywidualność, jedyność. Podróż jest osobą samą w sobie, nie ma dwóch jednakowych. A wszelkie plany, zabezpieczenia, regulacje i przymusy są bezowocne. Po latach zmagań stwierdzamy, że nie my robimy podróż, to podróż robi nas. Przewodniki, plany jazdy, rezerwacje, ustalone i nieuniknione, rozbijają się w drzazgi o osobowość podróży. Dopiero kiedy się to uzna, może rzetelny włóczęga odsapnąć i wziąć się do dzieła. Dopiero wtedy odpadają rozczarowania. Pod tym względem podróż jest jak małżeństwo - niezawodnym sposobem popełnienia błędu jest myśleć, że się nad nią panuje". [John Steinbeck, "Podróże z Charleyem"]


Rio Parana - tego punktu programu nie było w moich planach. Decyzja podjęta w 5 minut, dała mi sposobność przeżycia najwspanialszej podróży swojego życia.

W planie mojej podróży pozwalam sobie na wrzucenie kilku puntków "do zrobienia".
To w zasadzie jest mój cały plan podróży. Tych kilka celów - może to być wejście na jakiś szczyt czy też znalezienie się w jakimś określonym miejscu - które chciałbym zrobić/zobaczyć.
Nie znaczy to, że osiągnę swój cel.
Często nawet nie zbliżę się w działaniach do założonego planu.
Przecież wystarczy, że podczas swojej włóczęgi, podejmę inną decyzję, zrobię korektę misternie ułożonego planu, która to bedzie miała swoje konsekwnecje w niedalekiej przyszłości.
Przykład?
Proszę bardzo.
Podczas podróży po Azji planowałem dotrzeć do Indochin poprzez Chiny. Określony miałem mniej więcej termin kiedy to się stanie.
Przed wyjazdem nie miałem najmniejszego pojęcia, że Chiny tak wpłyną na moje samopoczucie i zniewolą.
Na granicy z Laosem, podjąłem decyzję o dłuższym pozostaniu w Chinach. Indochin nawet nie liznąłem.
W kolejnej wędrówce po Ameryce Południowej zamierzałem dotrzeć do Wenezuelii, a Argentynę przebyć skokami.
W Argentynie spędziłem 10 miesięcy i nie dane mi nawet było zobaczyć jej północnej części, nie mówiąc już o pozostałej części kontynentu.


Na Ziemi Ognistej spędziłem 3 miesiące. Byłem tam do ostatniego dnia ważności wizy.

Często jednak podróżujemy wytyczonymi ścieżkami i trzymmay się ich kurczowo. Wtedy też zorganizowanie planu jest istotną sprawą.
Od czego zacząć?
Od wypisania na kartce co chcemy zobaczyć, a następnie wykreślenia drugiej połowy z listy. Nie ma nic gorszego niż wyścig podczas wyjazdu i biegania od miejsca do miejsca. Pdróż nasza przyjmuje wtedy charakter kalejdoskopu, fotograficznych migawek.
Lepiej zobaczyć mniej ale mieć też i jakieś odczucia z pobytu tam, a i miejsca czy zdarzenia będziemy pamiętać dokładniej.
Miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć, odwiedzić możemy znaleźć w przewodnikach czy też w internecie. Są pewne punkty programu, które należy zrealizować, np. odwiedzenie Machu Picchu w Peru.
Na podstawie tematycznych stron www, skalkulować możemy nasz dzienny pobyt. Pomnożony przez ilość dni, którą zamierzamy przeznaczyć na wyjazd oraz dodaniu do tego ok. 20% ustalimy kwotę, potrzebną do reazlizacji naszego planu.
Lista rzeczy do wzięcia jest zależna od charakteru naszej podróży i miejsc do których zamierzamy się udać. Kwestia ciuchów jest sprawą indywidualną ale naprawdę nie ma sensu brać ze sobą całej domowej garderoby. W końcu bardzo często będziemy to sami dźwigać na swoich plecach.

I ostatnia, najważniejsza rzecz. Badźmy elastyczni w realizowaniu swoich turystcznych przedsięwzięć. Często podczas naszej wędrówki poznajemy noych ludzi, dowiadujemy się o ciekawych miejscach.
Dajmy szansę losowi od czasu do czasu, na pokierowanie naszą podróżą, a smak jej będzie bogatszy i przyprawiony o nowe i jakże ekscytujące doznania, jakim jest jazda w nieznane.


Poincenot (3002) i Fitzroy (3445) są na mojej liście. Czy tym razem uda się zreazlizować swoje cele wspinaczkowe?

poniedziałek, 11 września 2006
Jak się przygotowywuję do podróży?

Kiedy prawie pięć lat temu planowałem swoją pierwszą wyprawę, nie sądziłem, że tak diametralnie odmieni ona moje życie.
Plan pierwszego wyjazdu był prosty i małoskomplikowany. Wraz z dwoma kolegami postanowiliśmy pojechać na Syberię pociągiem transyberyjskim. Ja do rozpiski dorzuciłem wspinaczkę na Munku Sardyk (3500 m.n.p.m.) najwyższego szczytu w Sajanach. Borys dorzucił wyspę Olchon na jeziorze Bajkał, a Adamowi było wszystko jedno, byleby było ciężko.
Chłopcy mieli wracać po miesiącu, a ja... nie wiedziałem co będę robił. Wracać w zasadzie nie miałem gdzie i po co. Trochę pieniędzy miałem odłożonych wiec, kiedy skończył się nasz wspaniały pobyt na wschodnich krańcach Rosji i koledzy wrócili do Polski, ja ruszyłem dalej na południe, poprzez suchą Mongolię do Chin, które oczarowały mnie i nadały nowy kierunek mojemu życiu.

Później tułałem się po Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy.
Na początku było bardzo cięzko. Ale podczas podróży autostopem po Szkocji udało mi się załapać pracę, a że Highland zauroczyły mnie, wracałem tam często.
Pracą w UK zarabiałem na kolejne swoje wyprawy. Pałałem się różnych zawodów. Liczyłem ludzi i samochody w zatłoczonym Londynie, zmywałem gary w hotelowej restauracji, pracowałem jako inżynier testując liny w kopalniach w Chile czy Portugalii, przygotowywałem śniadania dla pięćciuset ludzi w pięciogwiazdkowym hotelu, pracowałem na budowie, dźwigajac cegły i pchajac ciężkie taczki.
Praca była moją drogą ku wolności i marzeniom.


Fort Augustus - miejsce, w którym obecnie przesiaduję

Każdy z nas ma swoje cele i ich realizacja jest tylko kwestią ustalonych priorytetów w życiu. Ja postawiłem na wyjazdy, rezygnując z częstych zabaw, zakupów nowych telefonów, systemów hi-fi czy modnych ciuchów.
Odkładałem pieniadze, skupiając się na przygotowaniach wyprawowych: fizycznych i merytorycznych.

Podróżowanie jest jak choroba zakaźna. Ja jestem mało odporny na wszystko co wyzwala we mnie adrenalinę.
Tak było ze wspinaczką czy kajakarstwem. Raz spróbowałem. Zakażenie wdarło się do krwi i zainfekowało cały organizm.
Teraz na leczenie już za późno. Zresztą unikam kuracji. Z tą dolegliwością żyje mi się dobrze.


Loch Ness od strony Fort Augustus

piątek, 08 września 2006
Nowy krok ku Ameryce

Poczyniłem kolejny krok w kierunku swojego wyjazdu do Ameryki Południowej i zarazem Centralnej.
Zakupiłem bilet lotniczy linii British Airways do Meksyku.
Wylot nastąpi 27go listopada 2006, powrót natomiast 18go maja 2007 z Buenos Aires.
Zatem czeka mnie przejazd przez całą Amerykę z Meksyku do Argentyny.

Plany wyjazdowe powoli się krystalizują ale jak to zwykło już u mnie bywać wiele może się zmienić.
Na pewno będą góry. I te pokryte śniegiem i lodem jak i typowe skalne, pionowe ściany.
Planuję też ponownie spływ kajakowy. Tutaj sprawy jeszcze nie są do końca omówione, ale i tu plany są opracowywane.

Nie ominę Patagonii, miejsca, które pokochalem od pierwszego wejrzenia.
Ktoś powie: Znowu te same miejsca?! Po co?! Nie lepiej pojechac tam gdzie cię nie było?!
Odpowiem: Nie podróżuję by zaliczać miejsca. Podróżuję by je przeżywać i odczuwać oraz uciec od skostaniałej europejskiej cywilizacji.
Lubie powracać tam gdzie mi się podobało i mam przyjaciół.

Każdy ma swój cel i ścieżkę podróży.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Zaproszenie

Witam wszystkich Czytelników!

Ponownie kroi mi się wyjazd do Ameryki Południowej pod koniec tego roku.
Tak jak na poprzednim bloxie Andy2005 , w ktorym relacjonowałem swoją wyprawę online, tak i teraz będę na bieżąco informował o swoich poczynaniach jak i próbował przybliżyć przyrodę, kulturę i obyczaje poznanych miejsc.

Tym razem postaram się umieszczać dużo wiecej zdjęć, jak i poprawić część merytoryczną.
Jeżeli dogadam się ze znajomym, który doskonale włada wieloma językami, spróbuję przynajmniej część przetłumaczonych tekstów, umieścić na stronie.

Niebawem przybliże swoje cele i zamiary oraz opisze swoje przygotowania do wyjazdu.

Pozdrawiam i zapraszam do odwiedzania mojej strony!

Arek Mytko "ANTEK" - w Ameryce Południowej jako Antonio.

stat4u