niedziela, 07 lutego 2010
III etap wyprawy - Paso del Indios.
Przez kolejne dni padał deszcz. 24 godziny na dobę. Czasami przestawał na kilka minut i ponownie wracał, co było chyba dużo gorsze, bo dawało nam to nadzieję, że będzie sucho. Ciągłe zimno i przemoczenie niszczyło naszą psychikę. Nie mogliśmy wypocząć bo w namiocie wszystko było mokre. Mój puchowy śpiwór zassał wodę i jego izolacja termiczna była równa zeru. I to bynajmniej nie stopni Celsjusza. Puch się posklejał i zlepił w kulki, więc okrywałem się tylko mokrą szmata. ![]() Chłopaki mieli podobne problemy mimo, że mieli syntetyki. Ich namiot przeciekał od podłoża, a prawie zawsze rozbici byliśmy na bagnach czy mokradłach. Kilkakrotnie budziliśmy się w środku nocy, gdy woda wtargała do namiotu. Po prostu ciągłe deszcze tworzyły nowe rzeki, spływające z gór, które przedzierały się przez gęste zarośla i środek naszych namiotów. Raz podczas nocnego przypływu i sztormu, morze wtargnęło do naszego obozu, zalewając wszystko. Nasze rzeczy i kajaki pływały po obozie, a my wylewaliśmy wodę z wnętrza namiotów. Dobijało nas to niemiłosiernie. Najgorsze było przygotowanie do wypływania. Ubieranie mokrych kombinezonów. Pakowanie mokrych rzeczy. Trzęśliśmy się z zimna, próbując jak najszybciej wypłynąć, aby się rozgrzać. Zimny, ciągnący od lodowców wiatr, przenikał do szpiku kości. Nasze wychudzone organizmy broniły się poprzez dreszcze, a my sami spinaliśmy mięśnie, by wytworzyć trochę ciepła w naszych ciałach. W połowie drogi czekało nas przejście Kordyliery Darwin w miejscu zwanym Paso del Indios. Wiele lat temu przemierzali te tereny indianie Alacaluf i Yamana. W linii prostej 5 kilometrów. Najwyższa przełęcz nie przekraczała 150 metrów nad poziomem morza. Luksusik! Tak pomyśleliśmy. Zmieniliśmy zdanie pierwszego dnia, po tym jak przez godzinę przedzieraliśmy się przez las w górę rzeki. Woda czasami sięgała ramion, a silny nurt pozbawiał szybko sił. No i to zimno.... Obóz rozbiliśmy klasycznie na mokradłach. ![]() Całe przejście tych 5 kilometrów zajęło nam 5 dni. Mokradła, las, rzeki i skały. Strome podejścia i trawersy, zbetonowana leśna gęstwina (o tym pisałem tutaj) i zasysające nogi mokradła. Juan i Pancho nosili kajaki, a ja na plecach kilkudziesięcio kilogramową torbę. Chodziliśmy tam i z powrotem po cztery razy. Od rana do wieczora. Moje ciało było pocięte i pokaleczone przez kolczaste krzaczory, twarde konary i ostre kamienie na których często się ślizgałem i zwalałem bezwładnie. Kiedy dotarliśmy do drugiej strony gór, chłopaki skakali z radości jak dzicy indianie. Ja ponownie opuszczałem swój teren, na którym się czułem pewnie - góry, a wracałem na nieobliczalne morze. ![]()
poniedziałek, 01 lutego 2010
III etap wyprawy - kanał Magellana.
Nad ranem obudził mnie wiatr. A dokładnie trzęsący się na wietrze namiot. Po powierzchni morza przetaczały się fale, które z głośnym hukiem rozbijały się o kamienisty brzeg. Mimo niesprzyjających warunków wypłynąłem. Wiosłowałem skoncentrowany. Kilka godzin później popełniłem błąd. Pierwsza lekcja morskiej nawigacji. Próbowałem ściąć skalisty przylądek. Znaczy się, przepłynąć blisko niego. Widziałem jak fale uderzają o duży skalisty brzeg, wystrzeliwując do góry wysoką fontanną. W pobliżu brzegu woda wirowała jak w mikserze, a fale zderzały się ze sobą. Wpłynąłem w ten rejon, mieląc szybko wiosłem, aby utrzymać równowagę. Byłem już blisko skał kiedy dostałem gwałtowne uderzenie z boku. Wysoka fala przechyliła mój kajak na jedną stronę. Momentalnie przechyliłem się na drugą, aby zachować równowagę. W tym samym momencie dwie fale, jedna za drugą, uderzyły ponownie. Znalazłem się pod wodą. "Katapultowałem" się i wypłynąłem na powierzchnię. Woda była zimna ale jednoczęściowy kombinezon chronił mnie przed szybkim wychłodzeniem. Chwilę później wyciągnąłem kajak i siebie na pobliski brzeg. Niestety w czasie tego zdarzenia straciłem okulary, które zapomniałem przywiązać sznurkiem. Zmuszony zostałem do zostawienia kajaka na miejscu i wrócić do Punta Arenas aby kupić nowe. Kilka dni później ponownie znalazłem się w kajaku. Wiał bardzo silny wiatr z przeciwka. W pobliżu wioski San Juan musiałem iść piaszczystym brzegiem, ciągnąc za sobą kajak. Wiatr był tak silny, że szedłem pochylony niczym starzec. Po południu uspokoiło się. Wieczorem dopłynąłem do San Isidro. Ostatniego punktu cywilizacji. Z tego miejsca miałem przepływać na drugą stronę kanału Magellana do wyspy Dawson. Wiatr przestał wiać, a powierzchnia morza zaczęła przypominać spokojne jezioro. Zanim nastąpiły ciemności, do San Isidro przypłynęły dwa zespoły. Amerykanie, którzy opływali Ziemię Ognistą, oraz dwóch Argentyńczyków, którzy planowali dopłynąć do Ushuaia. Amerykanie postanowili wykorzystać doskonałe warunki i wypłynęli w stronę Isla Dawson. Argentyńczycy (Francisco i Juan) i ja postanowiliśmy to zrobić następnego dnia rano. Rozmawiając i popijając przy ognisku szampana (była to noc sylwestrowa), namówiłem ich na wspólny trawers Kordyliery Darwin. Rankiem rozpoczęliśmy przepływać kanał Magellana na drugą stronę. Po kilkunastu minutach na lustrzanej powierzchni morza, pojawiły się gęste zmarszczki silnego prądu, ciągnącego z zachodu. Na środku zaczął wiać wiatr, a nasze kajaki unosiły się do góry i w dół na wysokich falach. ![]() Dwie godziny od wypłynięcia dopłynęliśmy do brzegów wyspy Dawson. Ciągnęliśmy trawers na południe i wieczorem schowaliśmy się za malutką wysepką, która osłaniała nas przed wiatrem i dużymi falami. Następnego dnia złapał nas sztorm. Od zachodniej strony, tam gdzie kanał Magellana był otwarty, wiał bardzo silny wiatr. Fale zrobiły się tak duże, że traciłem swoich kolegów z pola widzenia mimo, że płynęli kilka metrów ode mnie. Robiło się niebezpiecznie i szukaliśmy miejsca do wylądowania. Brzeg był skalisty i musieliśmy trzymać się od niego z daleka, aby nie roztrzaskać się na skałach. Widzieliśmy jak fale po uderzeniu, wzbijały się na kilkanaście metrów do góry. Robio to wrażenie i przerażało nas zarazem. Kiedy ujrzeliśmy małą kamienistą plażę ruszyliśmy ku niej. Fale unosiły nasze kajaki do góry i zalewały nas masą wody. Nasze ręce bez przerwy kręciły wiosłem, a ciała wyginały się dla równowagi. Moje serce biło w rejonie gardła. W pobliżu brzegu poczułem jak tył mojego kajaka unosi się na kilkumetrowej fali. Mój kajak stanął pionowo, tak że przed oczyma miałem powierzchnię morza i przód kajak, który wchodził w tą głębię. Sekundę później, spieniona fala powaliła mój kajak. Zrobiłem klasyczne salto do przodu. Kolejne fale tłukły mnie i kajak. Poczułem pod nogami dno, ale nie potrafiłem po nim iść, gdyż woda miała taką siłę, że wywracała mnie i kajak jak zabawkę. Juan i Pancho również unosili się na wodzie, trzymając się kajaków. Wszyscy razem walczyliśmy o to, aby dotrzeć do brzegu. Zmordowani i potłuczeni znaleźliśmy się na brzegu wyspy Dawson. Tam za pomocą maczety, w gęstym lesie, wyrąbaliśmy miejsce na ognisko i nasze namioty. Miejsce noclegowe było doskonale chronione przed wiatrem. Na cześć mojego salta nazwaliśmy je Campo Polaco. Mogliśmy czekać na poprawę pogody. ![]()
piątek, 29 stycznia 2010
III etap wyprawy - cabo Froward.
Jedzenie i mapy nawigacyjne zakupiłem w Punta Arenas, skąd miałem wypływać. Z uwagi na bardzo silny wiatr moja podróż przedłużała się. Do tego już się przyzwyczaiłem. Patagonia jest dla cierpliwych. Tutaj natura dyktuje warunki. Aby nie zastygnąć i nie zapuścić korzeni, postanowiłem wyskoczyć w rejon przylądka Froward, najbardziej wysuniętego na południe punktu kontynentu amerykańskiego. Tam postanowiłem zostawić depozyt - jedzenie i część sprzętu oraz przyjrzeć się bliżej miejscu, z którego miałem przepływać na drugą stronę kanału Magellana. Po drodze spotkałem trójkę Kanadyjczyków, z którymi spędziłem kilka dni w tym rejonie. ![]() Trawersując wybrzeże miałem doskonały widok na wyspę Dawson i Kordylierę Darwin. Wzdłuż wyspy Dawson miałem płynąć. Krosowanie kanału Magellana oraz przepływanie wzdłuż wyspy Dawson miały być najtrudniejszymi odcinkami nawigacji. Wybrzeże wyspy, było otwarte na zachodnią stronę Magellana, skąd ciągnęły silne wiatry, a potężne masy wody rozbijały się o skaliste brzegi. Sama wyspa Dawson okryta była złą sławą. To na niej kiedyś znajdował się obóz na indian Alaukaluf, którzy wyginęli tam całkowicie. Później, za rządów Pinocheta, powstało więzienie, gdzie torturowano i zabijano jego przeciwników. Ciała skatowanych ofiar (często jeszcze żywych) przywiązywane były to żelaznych sztab i zrzucane z samolotów do morza. Obserwując ten rejon z drugiego brzegu, czułem lekkie zdenerwowanie. Nie wyglądało to łatwo. Silny wiatr kołysał morzem na wszystkie strony. Wielkie fale przesuwały się na wschód, rozbijając się o wyspę. Kordyliera Darwin ginęła w gęstych, ciemnych chmurach. Nadawało to atmosferę apokalipsy. Przełykałem tylko głęboko ślinę. ![]() Sam rejon przylądka Froward zrobił na mnie dobre wrażenie. Leżące leniwie na skałach foki i morskie słonie, zwariowane delfiny (toninas), które towarzyszyły łodziom i kajakom, skacząc blisko burty oraz fruwające dookoła morskie ptaki, nadawały atmosferę relaksu i spokoju. Tylko wzburzone morze budziło we mnie niepokój. Po kilku dniach wróciłem do Punta Arenas i załadowałem kajak. Wypłynąłem po południu, posuwając się na gładkiej jak lód powierzchni morza. Było to tak nienaturalne, że aż czułem się głupio, burząc wiosłem lustrzaną powierzchnię wody. Ale w Patagonii za dobre warunki i pogodę się płaci. I to płaci się słono. Tak jak w przypadku Lodowca Kontynentalnego tak i tutaj wystawiony zastał mi rachunek, za kilka godzin relaksującego kajakowania. Następny dzień miał być pierwszą lekcją, jaką otrzymałem od Magellana. Niestety pierwsza lekcja nie była gratis. Musiałem za nią zapłacić. ![]() |