czwartek, 19 listopada 2009
Przygotowanie do III etapu wyprawy.
Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu będę wypływał z Punta Arenas do Ushuaia. Jak zawsze problemy z logistyką przyczyniły się do opóźnienia startu. Najpierw nowy wyświetlacz do laptopa, który miał dotrzeć w 3 dni dotarł w 9. A później kajak, który został wysłany przez Ricarda z fabryki SDK Kayaks w Buenos Aires, został uszkodzony podczas transportu. Ricardo zrobił nowy kajak, który ma dotrzeć do mnie w poniedziałek do Rio Gallegos. Stamtąd pojadę do Punta Arenas, skąd rozpocznę trawers kanału Magellana i Beagla. Obecnie analizuję drogę płynięcia, a dokładnie krosowania Kordyliery Darwin. Problemem jest roślinność pokrywająca stoki górskie. Gęste i mocne konary niskich drzew gindo, blokują drogę przejścia. Prawdopodobnie bez maczety się nie obędzie. W najbliższych dniach dotrze do mnie nowy obiektyw do mojego aparatu, oraz zakupię nowy namiot i palnik. Tym razem będę się opierał na palniku gazowym i starym jetboilu.
piątek, 13 listopada 2009
II etap wyprawy - o sprzęcie.
II etap wyprawy był doskonałym miejscem na sprawdzenie jakości wykonania i funkcjonalności wielu rzeczy. Bardzo niskie temperatury, potężny wiatr, deszcz, śnieg, lód i skały pokazały, czego warte jest to, za co zapłaciło się często bardzo słono. Jak się okazało większość używanych rzeczy nie wytrzymała wysoko postawionej poprzeczki, a część po prostu kompletnie zawiodła. Obecnie wiele firm zmieniło swoją politykę i cel, starając się robić „dla wszystkich” i tanio (czytaj: tanie materiały, nie ceny dla konsumenta). Przede wszystkim zawiodłem się na Primusie. Nowiutki model multifuela został przesłany bezpośrednio z fabryki w Szwecji. Działał dobrze tylko pierwsze dni, później padały poszczególne komponenty. Na końcu pękł palnik (!) wykonany z mosiądzu czy innego stopu. Black Diamond zszedł na psy. Taka sobie uprząż, rękawice wspinaczkowe goretex słabo chroniły przed zimnym wiatrem i kompletna porażka jeżeli chodzi o namiot. Nie zawiodłem się natomiast na plecaku firmy Gregory model Denali Pro. Co prawda jego stylistyka przypomina plecaki z poprzedniej dekady, ale funkcjonalność i dopracowanie szczegółów, bije konkurentów na głowę. Również Mountain Hardwear, który zachwycił mnie podczas I etapu pokazał, że stworzony został do warunków extreme. Oprócz wiatroszczelnej kurtki, używałem również puchówkę, z której byłem zadowolony. Jednak największą niewiadomą miał być dla mnie sprzęt telemarkowy, na którym miałem pokonać Lodowiec. Nigdy nie poruszałem się na nartach telemarkowych ani nawet skitourowych. Lodowiec miał być moją szkołą i miejscem testowym. Sprzęt narciarski przysłany został do mnie od firmy SnowSpirit(http://snowspirit.pl), przedstawiciela kanadyjskiego producenta sprzętu zimowego G3. Bardzo szybko nabrałem pewności siebie. Dotyczyło to trawersu. Natomiast zupełnie inna piłką okazały się zjazdy. Technika telemarku wymaga dłuższego szkolenia. Jest to piękny styl ale nie łatwy. Ja się szkoliłem, oglądając filmy na youtubie, więc moje umiejętności były na poziomie raczkującego malucha. Bardzo zadowolony byłem z zestawu: łopata i piłka do lodu, również firmy G3. Na koniec klasyfikacja najgorszej i najlepszej trójki etapu II. The Worst: The Best:
sobota, 07 listopada 2009
II etap wyprawy - ucieczka z Lodowca.
Pierwszy biwak na skale był dużą odmianą po wielu dniach spędzonych na lodzie. Miałem nawet dostęp do bieżącej wody, która spływała po skale. Był to luksus, dzięki któremu oszczędzałem wiele czasu i gazu, potrzebnego do przetworzenia śniegu w wodę. Zejście z Lodowca miało też swoje minusy. Dużo łatwiej ciągnąc sanie i posuwać się na nartach, niż targać ciężki plecak po nierównej skale. Na dodatek zmuszony byłem do chodzenia tą samą drogą dwa razy, gdyż niemożliwym było upchać wszystkiego do jednego plecaka. Zresztą nawet gdybym mógł, to i tak miałem ponad 70kg sprzętu. Gdzieś tam przede mną znajdowało się refugio Pascal. Dotarcie do refugio Pascal zajęło mi dwa dni. Niestety, kiedy ja uczyłem się fruwać, mój namiot przechodził test wytrzymałości. Dwa dni spędziłem w refugio Pascal, próbując zregenerować siły i przeorganizować się. Kolejne dni spędziłem na szukaniu drogi wyjścia. Do cywilizacji postanowiłem dostać się od południowej strony, trawersując góry wzdłuż jeziora Argentino. Po drodze miałem kilka estancji, w których miałem nadzieję natrafić na dobrych ludzi, którzy mnie nakarmią i dadzą nocleg. Po kilku dniach dotarłem do pierwszej czynnej estancji, w której zjadłem gorący posiłek. Dwa dni później tam dotarłem. Ostatnie kilometry były walką. Kiedy dotarłem do drogi, nie byłem w stanie zrobić nawet kroku. Siedziałem na ziemi, próbując złapać jakiś samochód, który zabrał by mnie w kierunku El Chalten. Jednak w nocy dotarłem do El Chalten. Kilka dni potrzebowałem na powrót do stanu używania. Podczas tego etapu przemierzyłem ponad 350 kilometrów. Z czego prawie połowa lodowcami. |