Blog > Komentarze do wpisu
II etap wyprawy - Lodowiec Upsala.


Poranek na przełęczy Gran Paso nie dał mi złudzeń, co do tego, że wyż z Antarktydy zakończył swój krótki żywot.
Otoczony byłem gęstymi chmurami, przez które przebijał się widok na pobliskie góry. Wszystko dookoła było białe i tylko pionowe ściany Cerro Murallon były czarne.
Schodząc z przełęczy, spoglądałem na altiplano Italia i cordon Roma, które ukazał się moim oczom.
Był to dla mnie widok nowy i interesowało mnie bardzo ukształtowanie terenu i szczytów.
Szukałem też drogi, która doprowadziłaby mnie do lodowca Spegazzini.

Jednak pół godziny później, adrenalina w mojej krwi, podniosła się do poziomu alarmowego, a serce zaczęło pracować w okolicach gardła.
Moje narty zaczęły zapadać się głęboko w śniegu, a kijki wbijały się po rękojeść. Wyciągając je z powrotem, widziałem pod sobą potężne szczeliny, które w tych miejscach osiągają głębokość kilkudziesięciu metrów.
Nie widząc nic, a dokładnie widząc wszystko na biało (gdyż białe niebo zlewało się w jedną całość z bielą lodowca), zacząłem szukać obejścia.
Kompletnie nie potrafiłem określić, gdzie są te cholerne szczeliny, gdyż w tej szarości wszystko wydawało się płaskie i gładkie. Jednak w rzeczywistości, powierzchnia lodowca pofałdowana była niczym wzburzone morze.
Posuwanie się po takiej powierzchni, przypominało chodzenie po nierównym terenie z zamkniętymi oczami. Po kilkunastu minutach, kiedy częstotliwość moich zapadnięć wzrosła zamiast zmaleć, zdecydowałem się wrócić.
Dopóki nie doszedłem do przełęczy, całe moje ciało napięte było niczym atakująca pantera. Przy każdym posunięciu nart, oczekiwałem nagłego zapadnięcia w zimnych czeluściach lodowca.
Była to duża wojna nerwów.

Kolejne dni spędzone na przełęczy, upłynęły na walce ze sztormem. Bardzo silny wiatr i ciągle padający śnieg. Nieprzespane noce, podczas których zmuszony byłem, do opuszczenia namiotu, aby go odśnieżyć.
Powodowało to, że wszystko w namiocie było mokre i zalodzone. Ciągłe zimno i głód, gdyż śpiwór pokryty lodem nie trzymał ciepła, a niefunkcjonujący Primus, zmusił mnie do gotowania wszystkiego w Jetboilu, na gazie, którego nie miałem dużo.
Rozpoczął się zatem etap oszczędzania paliwa. A co za tym idzie mniejszego spożywania napojów i posiłków.

Po długich debatach i burzliwych rozmowach, które prowadziłem ze sobą, postanowiłem w końcu wycofać się z przełęczy i zejść z platformy lodowcem Upsala i do cywilizacji dostać się poprzez góry.
Wiedziałem, że Estancia La Cristina, która znajduje się pośrodku gór, w dolinie, jest zamknięta. Dlatego postanowiłem dotrzeć nad jezioro Viedma, do Estancji Helsingfors.

Podczas schodzenia z przełęczy, uważnie obserwowałem lodowiec, aby znaleźć drogę trawersu na drugą stronę (ok. 10km), by uniknąć szczelin. Mimo to, kilkakrotnie natrafiłem na małe wzniesienia, które okazywały się lodowymi „naroślami”, u stóp których zionęła głęboka pustka.
Oczywiście moje serce ponownie wędrowało do góry, a ciśnienie skakało, jakbym natrafił na stado biegających nagich, gorących latynosek.
Na lodowcu zrobiło się cieplej, a śnieżne mosty traciły swoją grubość i wytrzymałość.

W końcu dotarłem do skał. Miało się zacząć łatwiej i „z górki”.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem.
Ale etap dotarcia do cywilizacji, okazał się jednym z najtrudniejszych w moim życiu.
Ciągły głód i przemęczenie miały mi towarzyszyć przez wiele dni.
Moje ciało smagane było patagońskim biczem, kalecząc je ohydnie.


czwartek, 05 listopada 2009, antekwielki

Komentarze
2009/11/05 20:25:44
Krajobraz jak na Antarktydzie.:-)